Sprawa się rypła!

Jakby na to nie patrzeć, jakiś kanał z tą wiosną. Człowiek się oszukuje, że to już, że mu ciepło w ośmiu stopniach – bo przecież raptem słońce towarzyszy tej łaskawej temperaturze – że to już ostatni przymrozek minionej nocy, że jakoś przecierpi zbrązowiałe kwiaty magnolii, że truskawki w tym roku obrodzą. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: piżama jakoś wciąż flanelowa, grube skarpety nie chcą się schować na tyły bieliźniarki, wieczorem króluje gorąca herbata zamiast schłodzonego białego wina, a jeśli już jakimś cudem zdesperowani trafimy do lodziarni, to usłyszymy „nie ma słonego karmelu, bo nie ma pogody”. Kanał! Czy są gdzieś pod ręką tropiki? Ano, są.

Przyznam, że namawiając dziś M. na wycieczkę do powsińskiego Ogrodu Botanicznego, marzyłam o sielskim spacerze pośród alejek kwitnących wiśni i magnolii. Sprawdziłam zawczasu pogodę i Amerykanie obiecywali na popołudnie słońce wyglądające zza chmur oraz spokój w pomiarach wiatru. Słysząc ode mnie taką prognozę, M. nie odmówił wyprawy, ale już w drodze patrzył podejrzliwie przez przednią szybę auta, zerkając to na mnie, to na ciemniejące niebo. Zapewniałam jednak uparcie, że przecież będzie dobrze i że musimy to wszystko zobaczyć TERAZ. Bo tam jest pięknie. Co zastaliśmy? Prawie pusty parking, zziębniętą panią w kasie, która wydając bilety wstępu w dodatku zaprzeczyła, jakoby Cafe Ogród była już czynna dla zwiedzających. Ech, pomyślałam, szkoda, ale nie poddawajmy się! Przecież w OB człek nie kawą żyje 😉

Za bramkami wiedziałam już, że zabranie ze sobą ciepłej kurtki i czapki było najlepszą decyzją tego popołudnia. Wiało wręcz nieprzyzwoicie, zaciągało przejmującym chłodem, a przygaszona zieleń ogrodowych alejek jakoś nie powalała urodą. Z daleka zobaczyłam szpaler przemarzniętych, zbrązowiałych kwiatów magnolii, zaciśnięte w pąkach kwiaty wiśni, skromne i nierozwinięte cebulowe oraz pustkę w zwykle tętniącym życiem ogrodzie. Miłośnicy natury zdaje się pochowali się w domach, a ja chcąc zachować twarz, z radością przypomniałam sobie o… palmiarni!

Po przekroczeniu rozsuwanych drzwi, powitały nas w progu koszatniczki dokazujące w swoim akwarium oraz przyjemna, tropikalna i wilgotna temperatura. Amarylisy wyglądające jak sztuczne, mnóstwo palm, hibiskusów, paproci i sukulentów, śpiew ptactwa w oddali, zapowiadały przyjemny spacer…

Jako pierwsze, przyciągnęły nasz wzrok cudne kwiaty wspomnianego amarylisa (roślina cebulowa, o imponujących kwiatach zbliżonych do lilii, pochodząca z Afryki Południowej) oraz brunfelsji kielichowatej (neotropikalnego krzewu, endemicznie występującego w Brazylii, o cudownie ciepłym zabarwieniu fioletu na płatkach licznie osadzonych kwiatów):

DSC_9314

DSC_9316

Mijając krzewy hibiskusów, napotkaliśmy otoczenie pełne strelicji, paproci, palm i pnączy oraz oczko wodne wypełnione okazałymi rybami:

DSC_9320

DSC_9323

DSC_9324

DSC_9327

DSC_9328

DSC_9330

Dalej królowały cytrusy, czyli mandarynki, pomarańcze, olbrzymie cytryny oraz grapefruity. Czując te wszystkie zapachy, bijące ciepło, wilgoć, w dodatku realnie ocierając się o mięsiste liście drzewek, można było sobie śmiało wyobrazić, że znajdujemy się gdzieś na południu Europy, w gaju pełnym wszelkiego dobra.

DSC_9334

DSC_9336

DSC_9339

DSC_9353

Przyznacie, że odruchowo chciałoby się sięgnąć ręką po taki owoc, prosto z drzewa, i zanurzyć kubki smakowe w słodkiej soczystości? 🙂 Przepięknie prezentowały się małe mandarynki w typie drzewka variegata – jeszcze takiej odmiany nie widziałam.

Dalej spotkaliśmy różnokolorowe kamasje, okazałe asparagusy, grubaśne kaktusy:

DSC_9351

DSC_9356

DSC_9358

DSC_9360

DSC_9365

I na koniec ciekawostka, czyli chlebek świętojański (ceratonia siliqua) – niestety teraz nie owocował, ale jakże ciekawie było przeczytać jego specyfikę:

DSC_9362

Ceratonia, której owocem jest chlebek świętojański, pochodzi z Basenu Morza Śródziemnego, Somalii, i uprawiana jest od ponad 2000 lat. Jest to duże, dwupienne drzewo o skórzastych, ciemnozielonych liściach. Po wysianiu nasion, część roślin jest żeńska, a część męska, kwiaty zaś niewielkie, czerwone lub żółte. Owocem ceratonii jest zakrzywiony, jadalny strąk, wypełniony twardymi, jadalnymi nasionami – warto wspomnieć, w dawnych czasach nasiona te służyły jako odważniki, a określenie „karat” pochodzi właśnie od nasiona ceratonii. Ciekawe, prawda?

Czy jestem zadowolona z dzisiejszej wyprawy? Pośrednio tak… przeniesienie się w atmosferę tropików, choćby na jedną godzinę podczas tego chłodnego, nieprzyjemnego dnia, podładowało akumulatory i chyba łatwiej jest czekać na prawdziwą, ciepłą aurę. Może i Wy wybierzecie się do najbliższej palmiarni? Polecam, świetna terapia.

Swoją drogą, który to już raz piszę o tym oczekiwaniu na wiosnę… Frustrujące, ale…

Cóż, nie poddawajmy się. Udanego weekendu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s