Co zostało po Mariannie

Kiedy uzmysławiam sobie, jak wiele błędów popełniłam jako podlotek, mam ochotę natychmiast cofnąć się w czasie, najchętniej kultowym wehikułem z „Powrotu do przyszłości”, stuknąć czymś ciężkim w łepetynę i pewne sprawy załawić od początku. Umówmy się, że nie mam na myśli tego, do czego prawo ma młodość, ale to, co mogłam zachować nie tylko we wspomnieniach, a wtedy nie stanowiło dla mnie szczególnej wartości. Po stokroć pluję sobie w brodę, że będąc wówczas – jak się okazuje – dziewczęciem o bardzo małym rozumku, pozbyłam się pamiątek, których odtworzyć się już nie da. Paradoksalnie za to jak dziś pamiętam, że wtedy uważałam się za najmądrzejszą na świecie, wręcz wszechwiedzącą i niczyich rad słuchać nie chciałam. Tak w ogóle, dla zasady. Znacie to? Ot, nazwijmy po imieniu. Czysta GŁUPOTA!

Dosłownie parę albumów z pięknymi zdjęciami w sepii, śniadaniowy komplet poniemieckiej porcelany, pudełko z nićmi, guzikami, szpilkami/igłami, magnesem, starymi nożyczkami krawieckimi, pożółkłe dokumenty, dziadkowy saksofon z kolejowej orkiestry, kilka bardzo starych wydań poezji i prozy, trochę tkanin. To wszystko, co mi zostało po dziadkach. Wszystko i nic. Pozbyłam się maszyny do szycia SINGER, wielkiego radia w drewnianej obudowie, stojącego tykającego głośno nocą zegara, przedmiotów użytkowych gospodarstwa domowego, skrzypiących drewnianych krzeseł i właściwie większości tego, co dziś zachowałabym bez cienia wątpliwości i dbała o to z pietyzmem godnym najcenniejszych antyków. Tak jak jednak nie da się czegoś, co zostało raz zobaczone „odzobaczyć” (lubię to zabawne, a jakże adekwatne określenie), tak i cofnąć w czasie naprawiając tę masę idiotycznych błędów, które będę sobie wyrzucać do końca swych dni. Ech, młodości, beztrosko, bezmyślności!

Zastanawiam się, w którym momencie spływa na młodego człowieka oświecenie podpowiadające mu bezgłośnym szeptem do ucha, co stanowi prawdziwą wartość w życiu, jeśli chodzi o obowiązek zachowywania wspomnień nie tylko w sercu, ale i w formie zmaterializowanej. Kiedy wiemy, co oznacza kultywowanie tradycji, pamięć tych których już między nami nie ma, szacunek do poblakłej kartki z notatkami, starego maszynopisu, nut spisanych naprędce. Mnie to wszystko przekazano, uczono mnie tego, wpajano od dziecka, a jednak los i tak sobie zadrwił z mojej niedojrzałości. Usprawiedliwić być może fakt, że akurat w danym momencie nikt życzliwy i bliski nie podpowiedział mi umiaru w trwonieniu rzeczy (nie, nie „przetraciłam” ich, ja je po prostu zwyczajnie oddałam!), które są dla każdego bezcenne. Mama, na której zdaniu i opinii polegam zawsze, była wówczas daleko ode mnie i prawdopodobnie nawet nie wzięła pod uwagę mojej nieroztropności w tej kwestii. Przyspieszone wejście w dorosłość nie poszło mi wcale źle – oceniając je ogólnie z perspektywy czasu – ale przecież mogłam się ustrzec przed tym, nad czym do dziś boleję. Nikt tego nie przewidział, pozwolił działać, a ja dałam upust swoim możliwościom…

photo-256878_1280

Pamiątki, rzecz bezcenna – tylko one po nas zostaną na tym łez padole. Stara filiżanka, talerzyk z lekko wyszczerbionym rantem, naparstek, emaliowany garnuszek, z którego w dzieciństwie piło się napar z lipy, ocynkowana konewka, zardzewiały sekator do róż. Dlaczego, ach dlaczego większość młodych ludzi powie: „a po co mi to”, „czy to mi się do czegoś przyda?”, „wolę nowoczesność, minimalizm, to mi do niczego nie pasuje!”, „to stary, bezużyteczny grat”. A może się mylę i przeciwnie, dzisiejsza młodzież jest bardziej świadoma i postawiona przed dylematem „trzymać, czy wyrzucić”, absolutnie zachowa pamiątki po bliskich (nawet jeśli na pierwszy rzut oka to tylko szpargały) w najbardziej strzeżonej szufladzie, której zawartość będzie się z dumą za x lat pokazywać wnukom?

Możliwe, że na starość robię się sentymentalna, może zwyczajnie coraz dotkliwiej tęsknię za tym, co już nigdy nie powróci. Prawdopodobnie upływający czas zmienia też nasze własne upodobania i jest to faktem – obserwuję to zjawisko nie tylko u siebie. Kiedyś wolałam minimalizm, proste formy, egzotyczne drewno, wyszlifowany kamień – to przyciągało mój wzrok i nie mówię tu li tylko o próżności, ale podejściu jako takim. Teraz doceniam każdą skazę na przedmiocie, bo nadgryziony zębem czasu opowiada jakąś historię. Kilka zbitych desek ze starej stodoły, po której nie ma już śladu, czy blaszany rondelek, wywołają we mnie szczerszy uśmiech i znacznie szybsze bicie serca, niż najdroższy gadżet zgodny z aktualnie panującymi trendami.

Marzę od jakiegoś czasu o przeprowadzce do domu z bali, który będzie pachniał lasem, oknie na świat wypełnionym swobodnie otaczającą go przyrodą, zagródce dla kur, zapachu ciasta drożdżowego, lnianej serwecie na dębowym stole.

Ja to jeszcze zrobię i naprawię swoje błędy, ku potomności 🙂

beach-2280942_1280

Zapisz

4 myśli na temat “Co zostało po Mariannie

  1. Boszszsz… mam tak samo Aga ! Tak mi żal tylu pięknych przedmiotów, których się pozbyłam kiedyś lekką ręką..
    Trzymam kciuki za te bale i liczę na drożdżowe ciacho na przyzbie <3.

    Polubione przez 1 osoba

    1. To nawet nie o przedmiot jako taki chodzi – pozbyłyśmy się namacalnych wspomnień! Każdy drobiazg kojarzący się z czymś innym – sytuacją, emocją, zdarzeniem… jak można było być tak nierozsądnym… nigdy więcej sobie na to nie pozwolę, także mojej córce 🙂
      Ciasto na przyzbie będzie pachniało kiedyś, a my usiądziemy na schodach wpatrując się przed siebie bez celu… tak będzie! Trzeba marzyć i realizować, Agata! 🙂

      Polubienie

  2. Aguś, zbyt późna pora, jestem zbyt zmęczona na długi komentarz, ale biję się w piersi. Zrobiłam podobnie, fotografie nie, są do dzisiaj, ale nawet nie rozdałam, a wyrzuciłam na śmietnik /czego koleżanka nie może mi darować!/ wory ręcznie robionych firan, obrusów, serwet i serweteczek, komplet dębowych mebli iiiiiiiiiii /?!/ ogromną, rzeźbioną drewnianą ramę od obrazu /za to mnie chciała zabić/, ogromne okrągłe, kryształowe lustro i cudny kredens kuchenny. ŻAŁUJĘ … 😦 😦 😦

    Polubione przez 1 osoba

    1. ŻAŁUJĘ… ja także 😦
      Może można było dwa razy się zastanowić, posłuchać kogoś wówczas od siebie mądrzejszego…
      Dziś byłoby inaczej, nieprawdaż?
      Wiesz, pamiętam taki wielki debowy rozkładany stół, który babcia miała w swojej krawieckiej pracowni…
      Takiej zwykłej, domowej, w której szyła sąsiadkom… ileż tam obok w szafie było ręcznie haftowanych serwet, obrusów obrabianych szydełkiem, włóczek… wszystko poszło w kosmos 😦
      Głupia, głupia po wskroś byłam!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s