O krok dalej, czyli moja strefa komfortu

Podczas zajęć praktycznych na moich językowych studiach, słuchaliśmy nagrania porywającego, patriotycznego wiersza recytowanego przez weterana wojny w Afganistanie. Poemat był wielozwrotkowy, napisany prostą angielszczyzną, choć dobór słów był mocny i nieprzypadkowy, w odbiorze patetyczny i wzbudzający emocje. Podobał się nam, studentom, praktycznie chyba bez wyjątku. Na koniec kilkukrotnie odtwarzanego nagrania, nasz wykładowca – ku zaskoczeniu wszystkich i mojej panice – podzielił wiersz na części, każdemu przypisując fragment, i zapowiedział, że na następnych zajęciach każdy z nas przed grupą swój kawałek wyrecytuje, z pasją godną amerykańskiego żołnierza. Aaaaaaa! – pomyślałam.

Stało się, nastał ten dzień. Zupełnie nie wiem, dlaczego – będąc dorosłą, dojrzałą emocjonalnie osobą – tak mocno obawiałam się tego durnego momentu, w którym miałam wstać i zrobić swoje. A jednak czułam, że jeśli nie stanie się jakiś cud, który sprawi że zniknę z tej sali, to albo zemdleję, albo ucieknę w panice nie zaliczając tego mini-egzaminu. Koleżanka siedząca obok, widząc że zaczynam niepokojąco drżeć i czerwienić się na dekolcie, szepnęła: „ja też się boję, ale wiesz co? Najpierw Ty wyrecytujesz swój fragment, a ja tuż po Tobie – damy radę, tylko pamiętaj, koniecznie oprzyj się o ścianę, to Ci pomoże!”. Kolega, który deklamował swoją zwrotkę (ach, jakże pięknie i z pasją!), właśnie kończył ostatnie wersy, a ja już wstałam, czekając na swoją kolej. Oparłam się o ścianę, wyprostowałam, wzięłam głęboki oddech i przejęłam pałeczkę. To się udało! Bezbłędnie i z pożądanym doniosłym tonem wypowiedziałam słowa żołnierza, na koniec dostając bodajże piątkę, ale to było kompletnie nieważne. Okazało się bowiem, że nawet bojąc się panicznie wystąpienia przed małą i przyjazną mi przecież grupą, zrobiłam mały krok do przodu, który był możliwy dzięki jednemu detalowi – uchwyciłam się czegoś niczym ratunkowego koła i zarzuciłam metaforyczną kotwicę w twardy grunt. To mi pomogło uwierzyć, że nie utonę. Ściana okazała się podparciem niebagatelnym, a słowa koleżanki zwyczajnie dodały odwagi.

To wszystko zapewne brzmi dla części z Was, drodzy czytelnicy, dość głupio, może infantylnie, a przynajmniej mało poważnie. W czym w ogóle problem? – przecież od wczesnej podstawówki wszyscy recytowaliśmy przed klasą wierszyki i nikomu nie sprawiało to kłopotu, a na pewno nie napawało strachem. Ale, ale – nie oceniajmy zbyt pochopnie czyichś słabości! Fakt bowiem, że wtedy się przełamałam, być może pozwoliło mi za kilka lat na tyle opanować tremę, iż mogłam wystąpić przed setką współpracowników i opowiedzieć coś ciekawego z własnego służbowego poletka. Wtedy, na samą myśl, chciałam stracić przytomność, potem – dałam sobie radę!

Hmmm, nasza osobista strefa komfortu… To jakiś idiotyczny korpo slogan czy zawiłość z kręgu psychologii? Zapewne to i to, po trosze. Przekładając to na przystępne słownictwo, mogłabym strefę komfortu określić jako moje bezpieczne miejsce, takie, w którym robię to co chcę, co lubię, w czym czuję się dobrze, i gdzie nie muszę nikomu niczego udowadniać. Wygodne? Ba – niczym miękki fotel z podnóżkiem w moim własnym domu. A propos, przeczytałam dziś, że dom jest tam, gdzie można chodzić bez stanika. Może mało to wyrafinowane porównanie, ale jednak w tej sytuacji celne i dość adekwatne! O ile rzeczony stanik ściągam u siebie bez zastanawiania się i robię to rutynowo, o tyle w domu sąsiadów już niekoniecznie – choćbym nie wiem, jak dobrze się w nim czuła. Powód? Obawa. Lęk. Utrata bezpieczeństwa. Strach. Przed czym? Przed krytyką, niestosownym spojrzeniem, własnym wstydem, kompleksami, głupim komentarzem. W tej materii nie potrzebuję i nie chcę wychodzić ze swojej strefy komfortu. Intuicyjnie czuję, że nie mam potrzeby pokazywania swojej kruchości, z szacunku dla samej siebie.

Nasze lęki, tzw. demony, mają i różne oblicza i różne podłoże. Nie potrafiłam kiedyś zdiagnozować, jaki jest powód, iż na jednej rozmowie rekrutacyjnej wypadam świetnie i praktycznie po jednym spotkaniu podpisuję kontrakt, a na innej jestem bez powodu sparaliżowana i nie potrafię do siebie przekonać rekrutera, chociaż chodzi mu dokładnie o to samo, co temu pierwszemu. Całkiem niedawno zrozumiałam, o co w tym chodzi. Otóż, zostałam zaproszona na spotkanie do siedziby head huntera – nie szukałam wtedy nowej pracy, ale jak to obecnie w życiu bywa, komuś spodobał się mój profil i doświadczenie w obliczu aktualnie prowadzonego projektu rekrutacyjnego dla jednego z klientów. Zgodziłam się, co mi szkodzi? Przed takim spotkaniem zawsze się przygotowuję, czytam o firmie, robię mały research – tym razem zerknęłam więc w sieci m.in na nazwisko osoby, z którą miałam się spotkać. Zobaczyłam na zdjęciu dojrzałą panią, o przyjaznej fizjonomii, która przy tym bardzo imponowała swoim doświadczeniem zawodowym. Bardzo się ucieszyłam na tę rozmowę, na spokojnie przygotowałam odpowiedni strój, zrobiłam delikatny makijaż i będąc już w pełni gotową, z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym, włożyłam szpilki i przechodząc przed próg domu w kierunku auta, byłam otwarta na zawodową zmianę w życiu. W ułamku sekundy, opracowany przeze mnie plan legł w gruzach – przez szparę w uchylonych drzwiach wybiegła bowiem na zewnątrz, a potem przez bramę na ulicę, nasza sunia. Pomyślicie: „no dobra, pewnie straciła chwilę na jej przywołanie i wszystko dalej poszło już dobrze”. Niestety. Sunia o instynkcie myśliwskim, z nosem przy glebie pełnej zapachów zewnętrznego świata, włączyła napęd turbo głuchnąc na moje najpierw stanowcze, a potem już rozpaczliwe krzyki. Nie zastanawiając się wiele, zrzuciłam szpilki i zostawiając otwarte drzwi, auto, torebkę, porzucone kluczyki i telefon, po drodze wysypanej tłuczniem pobiegłam za psiną boso, w stroju i makijażu idealnie spasowanymi do profesjonalnego interview. Biegłam na ile pozwalały mi własne możliwości i wytrzymałość stóp na kamienie, drąc się na pół wsi, widząc przed sobą ruchliwą drogę i biegnącego bez orientu psa. Sytuacja zakończyła się szczęśliwie, chociaż to, co zrobiłam, było dość zaskakujące dla pani, która swoim seicento – nomen omen! – wyjechała z bocznej drogi. Spotkałyśmy się wzrokiem, a ja budząc chyba troskę wdarłam się do jej auta krzycząc, by jechała za moim psem, który na zakręcie ginął mi z pola widzenia. Cudem, na tymże zakręcie psina zatrzymała się, a ja porwałam ją w ramiona, będąc już wyczerpaną fizycznie i psychicznie. Zdaje się, że podziękowałam pani która mi pomogła, i dalej, na boso, wróciłam z kilkukilogramowym psem na rękach do domu – otwartym na rozcież. Z trzęsącymi się dłońmi, kolanami i sercem, zamykając wcześniej psa w domu, zerknęłam na zegarek i z trudem opanowując emocje, ruszyłam w drogę. Zamiast przybycia ze sporym zapasem czasowym, dojechałam na miejsce na styk. Zobaczyłam uroczą kamienicę osłoniętą cieniem olbrzymich dębów i z ulgą zadzwoniłam domofonem pod wskazany adres. Przemiły głos zaprosił mnie na górę. Tak, na górę – czekało mnie pokonanie trzech pięter schodami, w budynku bez windy. Po przywitaniu się z panią ze zdjęcia, zwaliłam swój przyspieszony oddech na upał i wysokie piętro, w którym mieściło się biuro, myśląc jednocześnie, że tracę czas i swój i tej pani, bo w tychże emocjach i w tym stanie fizycznym, niczego dobrego z tego wyniknąć nie może. Pani okazała mi dużo zrozumienia, z uśmiechem podała wodę, dając czas na odsapnięcie. Rozpoczęłyśmy rozmowę. Początkowo to ona mówiła, myślę że spokojnie przez 15-20 minut. Opowiadała najpierw ogólnie, potem z detalami, o sobie, firmie dla której prowadzi projekt i o wszelkich niuansach związanych ze stanowiskiem i idących za tym oczekiwaniami. Zupełnie jakby chciała dać mi czas na opanowanie nerwów i wyciszenie emocji. Nie wiem jak i kiedy, ale wszystkie moje obawy, trema i roztrzęsienie z każdą minutą znikały, spotkanie zaś płynęło swoim rytmem nie będąc sztywnym interview, ale rzeczową i przyjazną rozmową dwojga partnerów. Miałam wrażenie, że nie padają w ogóle standardowe pytania, a jednak moja rozmówczyni przez półtorej godziny osiągnęła stan takiego zadowolenia z moich swobodnych wypowiedzi, że nie owijając w bawełnę poinformowała mnie, iż będę dla jej klienta rekomendowanym przez nią kandydatem. Jak to możliwe, myślałam wtedy, przecież poziom moich nerwów był skrajny! A jednak. Po przyjechaniu do domu i spokojnej już analizie całej sytuacji doszłam do wniosku, że tak pozytywne wyjście z trudnego momentu w którym się przełamałam, było możliwe tylko dzięki kotwicy, której się uchwyciłam. To prowadząca spotkanie pani rekruterka, okazała się być tą przemądrą ostoją, dzięki której strefę swojego komfortu tak mocno poszerzyłam ukazując swoje najlepsze cechy. Wszelkie bariery i obawy zniknęły, a początkowy brak wiary w siebie paradoksalnie obrócił się w moją siłę. Ba, wiarygodną i przekonywującą siłę!

Finalnie, praca w tej firmie nie doszła do skutku, a nawet nie odbyło się żadne kolejne spotkanie. Klient z powodów organizacyjnych projekt rekrutacyjny anulował i ciąg dalszy w ogóle nie miał miejsca. Rozmowa podsumowująca przez telefon była jednak dla mnie tak przyjemna i motywująca, że dodała mi sił na przyszłość mimo pozornego niepowodzenia – przestałam w zupełności obawiać się tego typu sytuacji i wyzwań.

Dlaczego przytoczyłam te dwie opowieści: o recytowanym poemacie i spotkaniu z headhunterem? Ano dlatego, że obie w moim odczuciu cudownie obrazują, w jaki sposób, małymi krokami, możemy poszerzać swoją strefę komfortu – czyli mówiąc już teraz wprost, przestrzeń bezpieczeństwa, dla każdego nieco inną, ale taką w której czujemy się pewnie z psychologicznego punktu widzenia. Z własnego doświadczenia oraz obserwacji mogę powiedzieć, że zawierzając swojej intuicji oraz zarzucaniu kotwicy w nowym, choć podświadomie przyjaznym nam otoczeniu, jesteśmy w stanie stale, małymi krokami, pokonywać własne demony, zamieniając je w magię. To dzięki niewątpliwej odwadze, która nam w tym procesie towarzyszy, możemy własne marzenia przekuwać w czyny. Kurczę, jakie to proste! A jednocześnie jakie w praktyce trudne! Przecież to co bezpieczne, znane nam, jest znacznie wygodniejsze niż zmiany, które niosą ze sobą początkową niepewność, lęk, czy nawet ból. Nie zawsze mamy ochotę z premedytacją odczuwać dyskomfort, zwykle więc dążymy do obranego celu ścieżką wytyczoną, którą już znamy. Ile tracimy po drodze, ile pragnień gubimy, ile świetnych okazji przechodzi nam koło nosa przez lęk przed zmianą, przed nieznanym?

Warto tę naszą strefę komfortu raz na jakiś czas rozszerzyć, a może nawet opuścić, skacząc na głęboką wodę. Chciałabym się przeprowadzić na południe Europy, ale obawiam się społecznej i kulturowej aklimatyzacji, znalezienia zajęcia, utrzymania się? Owszem, pewnie nie będzie łatwo, może będzie bolało, jak to na początku bywa. Jednak tak wiele osób pokonało własne obawy i odważyło się zrobić krok w przód, spróbowało czegoś nowego, by cieszyć się tym, czego w życiu szukali. Inni się na tej samej zmianie sparzyli, ale teraz już wiedzą więcej i w przyszłości wielu błędów nie powtórzą. Jedni i drudzy są bogatsi w kolejne doświadczenia – nie stracili na wyjściu ze strefy komfortu nawet, jeśli nie osiągnęli satysfakcjonującego rezultatu, o którym marzyli. Poszerzyli ją, dając przestrzeń i więcej miejsca na kolejne plany i marzenia. Warto zrobić taki wysiłek? Bardzo warto!

Courage is not the absence of fear, but rather the judgement that something else is more important than fear”, czyli w wolnym tłumaczeniu: Odwaga nie polega na nie odczuwaniu strachu, ale na uznaniu, że coś jest ważniejsze niż lęk.” Ambrose Redmoon.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s